Odliczamy kroki

Czy Polska zmierza w stronę totalitaryzmu?

Przeszło rok temu w Polsce zawitał jeden z najbardziej znanych psychologów na świecie, profesor Philip Zimbardo. Pojawił się we Wrocławiu na zaproszenie Instytutu Pamięci Narodowej. Poproszono go, by wygłosił wykład na temat totalitaryzmu, więc zrobił to – w gorącym dla kraju znad Wisły czasie. Przedstawił wówczas pewne etapy, które władza pokonuje, żeby stać się dyktaturą. W jakim miejscu dziś jesteśmy?

Zimbardo stał się rozpoznawalny dzięki tzw. ekspery mentowi stanfordzkiemu, kiedy na początku lat 70-tych przydzielił studentom role więźniów i strażników. Między innymi to doświadczenie spowodowało, że zajął się psychologią dobra oraz zła, badając przyczyny powstawania różnych patologii na świecie. Wnioski zarówno z eksperymentu więziennego, jak i innych badań (torturowanie ludzi przez amerykańskich żołnierzy w irakijskim Abu Ghraib) opisał w arcyciekawej książce – „Efekt Lucyfera”.

Psycholog Polskę zna nie tylko z przekazu mediów. Przed kilkoma laty założył w Katowicach centrum dla młodzieży, w którym młodzi mogą spędzać kreatywnie czas, wchodząc we wzajemne relacje. Dzięki temu niwelują się nierówności społeczne, nie wspominając o rozwoju lokalnej kultury. Zimbardo bywał/bywa więc w naszym kraju nierzadko, orientując się co w biało-czerwonej trawie piszczy.

We Wrocławiu mógł IPN-owi sprawić niespodziankę. Mówił bowiem nie tylko o totalitaryzmie, ale również… o Lechu Wałęsie. Stwierdził, że były prezydent jest bohaterem, którego autorytet próbuje się podważać, a za przyczynę takiej nagonki zasugerował zazdrość wywołaną brakiem osobistej odwagi atakujących w czasach niełatwych. Tym bardziej więc wykład o zmierzaniu władz do autorytaryzmu mógł wywołać konsternację.

Zimbardo podał, że dyktatury powstają małymi kroczkami. Na początku jest ograniczenie wolności słowa, później kontrola mediów, następnie kontrola sądownictwa, później politycy zastępują wybieralnych przedstawicieli, następnie więzieni są krytycy reżimu, kolejny krok to odwoływanie wyborów, później władza wojskowa bądź religijna i w ostateczności całkowita dominacja polityczna – tłumaczył. Trudno pewnych punktów nie odnieść do sytuacji w Polsce. Wtedy
jednak znajdowaliśmy się jeszcze gdzieś w okolicach drugiego szczebelka. Dzisiaj jesteśmy już o krok dalej. Milowy krok.

Dlaczego totalitaryzm, a nie autorytaryzm – jak sugerują niektórzy? Pierwsze różni się od drugiego skalą zapędów władzy do kontrolowania różnych aspektów życia społeczeństwa. Autorytaryzm jest łagodniejszy, bo może np. ingerować w trójpodział władzy i cenzurować media, ale w pełni respektować zasady wolnego rynku. Zatem dyktatura ma szansę zatrzymać się na poziomie autorytaryzmu, lecz nigdy nie wiadomo czy nie zabrnie w stronę totalitaryzmu.

Po II wojnie światowej państwa tworzyły więc unormowania, które mają za zadanie nie dopuszczać do takich sytuacji. Zaporę powinna stanowić też Unia Europejska. Jak to wszystko działa, testowane jest właśnie w operacji na otwartym sercu. Węgry zatrzymały się na autorytaryzmie, bo Viktor Orbán nieoczekiwanie zaczął respektować wyroki Trybunału Konstytucyjnego (co nie znaczy, że sytuacja tego kraju wprawia w dobry nastrój). Polska nie cofnęła się przed TK, zaanektowała go, a teraz przymierza się do ataków na Sąd Najwyższy i sądy powszechne – czyli po roku od wizyty psychologa w stolicy Dolnego Śląska, zaszliśmy dalej niż Węgry.

Jeden punkt pozostaje jednak niezmienny, o czym wspomniał Zimbardo. Na podstawie nazistowskich Niemiec przekonywał, że totalitaryzmy zaczynały się zawsze od nastawiania narodu przeciwko jakiemuś wrogowi. Zło zawsze rozpoczynało się od propagandy, od kształtowania umysłów ludzkich za czymś lub przeciw czemuś. Tak jest i dziś – stwierdził, podając za przykład węgierskie bilbordy przygotowane przez tamtejszą władzę, sugerujące, że imigranci przyjadą Węgrom zabrać miejsca pracy. Brzmi znajomo? Jarosław Kaczyński robił to samo, mówiąc o „chorobach przynoszonych przez uchodźców”, ale też na bieżąco zohydza elektoratowi PiS Polaków, którzy nie zgadzają się z obecnym rządem.

Czy jest szansa, że ta władza wyhamuje? Biorąc pod uwagę jej coraz nowsze, śmiałe poczynania, szanse są marne. Aleksander Kwaśniewski i Bronisław Komorowski, byli prezydenci, przekonywali przed niespełna rokiem na konferencji “Konstytucja RP z 1997 roku – praktyka polityczna i prawna”, że nasza ustawa zasadnicza jest jedną z najlepiej napisanych na świecie, ale jeśli władza będzie miała złą wolę, to żadne prawo jej nie powstrzyma. Nie oszukujmy się, podobnie UE nic konkretniejszego nie wskóra, choćby nakładała na Polskę sankcje – to tylko rozjuszy rządzących, co nie znaczy, że nie powinno się reagować w ten sposób. Kto więc PiS wyhamuje? No kto?

Be the first to comment on "Odliczamy kroki"

Leave a Reply