Oświatowe déja vu

Odzyskanie niepodległości w 1918 r. dało Polakom nadzieję, że we własnym kraju zapewnią swoim dzieciom właściwą edukację, jakiej brakowało pod zaborami. II RP, jak pisze Magdalena Micińska, rozpoczynała niepodległe istnienie jako państwo, którego znaczna część obywateli nie potrafiła przeczytać patriotycznych proklamacji ani podpisać się na listach wyborczych. Jedynie zachodnie dzielnice kraju nie znały zjawiska analfabetyzmu. Im dalej na wschód, tym częściej zamiast liter stawiano krzyżyki. Po zakończeniu I wojny światowej Naczelnik Państwa Józef Piłsudski wprowadził po raz pierwszy w historii Polski obowiązkową i bezpłatną siedmioletnią szkołę powszechną dla dzieci w wieku od 7 do 14 lat. Dopuszczał jednak istnienie szkół „niżej zorganizowanych” (jedno, dwu lub trzyklasowych), które mogły realizować zawężony program szkolny. Wprawdzie brakowało nauczycieli i budynków, a dzieci uczyły się w warunkach obecnie niewyobrażalnych, ale najważniejsze było jednak to, że w ogóle istniała polska szkoła.

Klasy łączone, lekcje dzielone

Młode państwo gwarantowało szkołę bezpłatną, ale za to rozpaczliwie biedną. Do końca istnienia II RP szkoły o najwyższej liczbie 7 klas otwierano prawie wyłącznie w miastach. Na wsi przeważały tak zwane jednoklasówki zatrudniające jednego nauczyciela, sporo też było dwuklasówek z odpowiednio większą liczbą pedagogów. Jednocześnie, z powodu narastającego wielkiego kryzysu ekonomicznego przełomu lat 20. i 30., sukcesywnie zmniejszano nakłady na budowę nowych szkół. Między 1928 a 1938 r. stopniały one z ponad 39 mln złotych rocznie do 0,9 mln. Na prowincji dzieci uczyły się więc w chłopskich izbach wynajętych przez rząd, przy oświetleniu naftowym. Przy szkołach zazwyczaj nie było sal gimnastycznych, ani boisk, o urządzeniach sanitarnych (powszechna bolączka!) nie wspominając. Za całe wyposażenie szkoły służyła drewniana tablica na stojaku, czteroosobowe ławki, szafka, stół i krzesło oraz wiszący na ścianie Orzeł, portret Prezydenta i Marszałka, a obok krzyż. Zdecydowanie korzystniej przedstawiała się sytuacja w miasteczkach, gdzie budynki szkolne „chociaż ciasne, ale własne”, były przeważnie skanalizowane i zelektryfikowane i miało się dostęp do prasy codziennej i biblioteki.

Oświata powszechna w niepodległej Polsce swój rozwój zawdzięczała niemal wyłącznie ciężkiej pracy nauczycieli. Musieli się oni wykazywać hartem ducha i dużą odpornością fizyczną. W kraju, który w miarę upływu lat mógł sie poszczycić lotnictwem na światowym poziomie, unowocześnionymi szlakami kolejowymi i coraz dynamiczniej rozwijającym się transportem samochodowym, do wielu szkół – ulokowanych często nawet kilkanaście kilometrów od najbliższych stacji kolejowych – nie można było dojechać inaczej, niż „wózkiem” zaprzężonym w konie, a zimą saniami. Nauczyciele zamieszkiwali w pokojach, mieszczących się przeważnie przy szkole. Bywało, że musieli chodzić od jednego do drugiego „oddziału” szkoły wiejskiej, pokonując kilkusetmetrowe dystanse. W całym kraju problemy stwarzał też niezmiernie wysoki przyrost naturalny, który osiągnął apogeum w latach wielkiego kryzysu lat 30. (na jednego nauczyciela przypadało przeciętnie 63 uczniów). Przy tak licznych zespołach nauczyciele radzili sobie prowadząc naukę „dzieloną”, czyli pracując z połową dzieci, podczas gdy reszta odbywała „zajęcia ciche”. Uczyły się one na dwie zmiany, rano młodsze, popołudniami te z ostatnich klas. Popularny był też zwyczaj uczenia dzieci w kompletach, poprzez łączenie poszczególnych roczników pod kierunkiem jednego nauczyciela.

Pokój nauczycielski

Pokój nauczycielski przeciętnej miejskiej szkoły był zbiorowiskiem ludzi o bardzo różnym wykształceniu i pochodzeniu społecznym. Spotykali się w nim przybysze ze wszystkich stron kraju, często przenoszeni decyzją władz oświatowych ze szkół do szkół. W latach 30., po reformie jędrzejewiczowskiej do tego grona dołączyli sfrustrowani „gimnazjalni profesorowie”, przekonani o swojej degradacji zawodowej i społecznej po likwidacji niższych klas gimnazjum i przeniesieniu do równoległych wiekowo „oddziałów” w „powszechniakach”.

W liście opublikowanym w 1937 roku na łamach „Głosu Nauczycielskiego” pisano z goryczą: Sam fakt, że instytucja kształcenia przyszłych obywateli często jako jedyne środki posiada tylko przygnębionego nauczyciela, europejskie metody i wiele wymagające programy wskazuje, dlaczego jego praca jest beznadziejna, a wyniki niewystarczające. Minorowe nastroje pogłębiać musiały, wprawdzie jednakowe dla mężczyzn i kobiet, ale niskie pensje. Starczały one tylko na zaspokojenie elementarnych potrzeb.

Trudna praca nauczycieli szkół powszechnych w Polsce międzywojennej nie dawała im biletu wstępu do społecznych elit, ani finansowej satysfakcji. Mimo tego wielu ludzi potrafiło oddać się jej całkowicie, również gdy w latach 30. Nadeszła „szkolna katastrofa”, czyli drastycznie spadły nakłady na oświatę. Mało kto interesował się tym, jaką płacili za to cenę.

Współcześnie

Od tego czasu, patrząc z dzisiejszej perspektywy, oświata polska zmieniła się tak bardzo, że trudno doszukiwać się analogii. Jednak – w XXI wieku – jedna nasuwa się w sposób uporczywy. Za szkodliwe (w proponowanej przez obecny rząd formie) zmiany oświatowe dzisiejsi nauczyciele i uczniowie płacą już teraz. I nic to, że w III RP udało się wypracować dobre standardy nauczania, a dzięki środkom finansowym UE doposażono wiele szkół. Polscy uczniowie zaczęli też osiągać (wreszcie!) coraz lepsze wyniki w międzynarodowych badaniach umiejętności. Samorządy zamroziły wydatki na szkolnictwo, bo muszą unieść ciężar przygotowania infrastruktury, jaki spadł na ich barki. Wielu nauczycieli, jak dawniej, powinno wyćwiczyć hart ducha i dużą odporność fizyczną – oni też będą musieli łączyć pracę w kilku budynkach i pokonywać dystanse pomiędzy nimi.

Niezmienna pozostaje nauka na zmiany i relatywnie nisko wynagradzany nauczyciel. Dla PiS ważne jest tylko, aby był „Orzeł, portret Prezydenta, a obok krzyż”. No i oczywiście „właściwe” treści w podstawie programowej.

Be the first to comment on "Oświatowe déja vu"

Leave a Reply