Kobiety na ulicach

Z kobietami, wychodzącymi na ulice, by protestować – konserwatywni mężczyźni zawsze mieli problem. Począwszy od sufrażystek, poprzez feministki lat 70. XX wieku po ich młodsze koleżanki, które dziś znów walczą o prawdziwe równouprawnienie. Bo dalej walczyć muszą. Przede wszystkim dlatego, że męski świat od dawien dawna skrojony jest tak, że kobieta w przestrzeni publicznej – czyli miejscu prowadzenia polityki, kreowania praw, egzekwowania władzy – była i jest intruzem. Wyjątkiem od reguły. Dla mężczyzny konserwatywnego miejsce kobiety jest w domu, najlepiej przy dzieciach. Najlepiej bez prawa decydowania o własnym ciele.

Po dziś dzień (począwszy od XIX wieku) mężczyzna konserwatywny wszystko, co czyni poza domem uważa za „naturalne”. Przedstawia to jako „naturalnie” przypisaną mu aktywność. Nie określa jej przymiotnikami, nie wyśmiewa, nie trywializuje. Nie szuka alibi. Homme public – z francuska – to mężczyzna/człowiek czyli osoba publiczna. Mężczyzn nikt nigdy z ambicji politycznych i społecznych nie rozlicza. Kobieta wciąż musi tłumaczyć
się ze swoich decyzji. Femme publique to po francusku kobieta publiczna. Przymiotnik niby ten sam, ale jakże inne znaczenie. Nie brzmi naturalnie, zgrzyta w zębach. To dziwka (tak, do niej należą ulice, czyli przestrzeń publiczna, ale za cenę pogardy). Albo jeszcze mniej „naturalny” egzemplarz: „szurnięta feministka”, która rzekomy brak miłości, seksu czy rodziny i „prawdziwych obowiązków” rekompensuje sobie wycieraniem bruków. I włażeniem do świata mężczyzn.

Choć świat zmienił się od czasu buntu sufrażystek, dla tradycjonalistów kobieta realizująca się w polityce, nauce i pracy (wykonywanej bez przymusu ekonomicznego) – i do tego rywalizująca o sukcesy i pozycję – nadal pozostaje wynaturzeniem. Kobieta na ulicy – domagająca się respektowania swoich praw – łamie porządek i niweczy spokój konserwatywnego mężczyzny. I wszystko, co robi, by o równouprawnienie walczyć, jest rzekomo „nienaturalne”. A skoro realizowane poza domem, to „polityczne”. Mężczyzna konserwatywny, przekonany że sfera publiczna to wyłącznie jego „naturalna” domena – ma się dobrze pod każdą szerokością geograficzną. I powraca w kolejnych wcieleniach. Takich na przykład, jak ostatnio radny Piasecki, co bije żonę, żeby zrozumiała, jak powinna funkcjonować prawdziwa chrześcijanka i nie zapominała o służeniu mężowi. Bo taka jest jej „naturalna” i „tradycyjna” rola.

8 marca konserwatywni mężczyźni mogą przeżyć szok. Bo kobiety znalazły wreszcie nowy sposób na wejście w przestrzeń publiczną, po swoje prawa. Nigdy wcześniej w historii nie zdołały połączyć swoich wysiłków na taką skalę. W 46 krajach na pięciu kontynentach
– w obu Amerykach, w Azji, Europie i Australii jednego dnia kobiety wyjdą na ulice, w przestrzeń publiczną, aby „femme publique” przestało być obelgą, a równouprawnienie – fikcją. By odzyskać ciała, i odebrać konserwatystom narzędzie, jakim jest przemoc. Przemówią do konserwatywnych mężczyzn, do konserwatywnych rządów państw. Koniec z rozproszonymi wysiłkami. Fala objęła cały świat.

Be the first to comment on "Kobiety na ulicach"

Leave a Reply